INFORMACJE

BLOG ZAWIESZONY DO ODWOŁANIA!


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jongtae. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jongtae. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lutego 2015

Dirty Pleasure Epilog

Stał w pustym i zupełnie obcym mieszkaniu otoczony kartonowymi pudłami. Stał, zastanawiając się nad swoim życiem, które w ostatnim czasie po raz kolejny obróciło się o 180 stopni. Wydawało mu się, że od razu po przeprowadzce poczuje ulgę i spokój. Rzeczywistość okazała się jednak inna, bardziej okrutna – mimo że wiele spraw zostało wyjaśnionych, a problemów rozwiązanych, on wciąż odnosił wrażenie, jakby tkwił w próżni, z dala od świata, gdzieś pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Czuł pustkę zupełnie tak, jakby coś barbarzyńsko mu wydarto. Istotnie – coś zostało mu odebrane. Ufność, radość, poczucie własnej wartości – jedyne , co się po nich zachowało to ckliwe wspomnienia. Taemin potrzebował mnóstwa czasu, aby móc na nowo nadać im namacalny kształt; aby odzyskać to, co zostało mu zabrane. Na jego własne życzenie. Przez własną głupotę. Przez naiwne i przerażająco egoistyczne przeświadczenie, że może zbudować szczęście na czyimś dramacie. Właśnie to przekonanie doprowadziło do tego, że nie mógł spojrzeć w oczy Minho, że unikał wzroku Kibuma i Jinkiego, że szerokim łukiem omijał Jonghyuna. Co prawda Taemin nie był jedyną osobą, która zawiniła, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że to on dopuścił się największej zbrodni. Gdyby nie dał się wykorzystać, gdyby nie powiedział Jonghyunowi o swoich uczuciach, gdyby tylko nie był w nim tak beznadziejnie zakochany, wszystko wyglądałoby inaczej. Może nawet tak jak kiedyś?

Taemin bardzo tęsknił za tym, co było „kiedyś”. Marzył o powrocie do chwil, w których członkowie SHINee wspierali się, pomagali i ufali sobie nawzajem. Chciał wrócić do czasów, kiedy nie ukrywali swoich prawdziwych uczuć za maską pozorów, próbując udowodnić sobie coś, co w rezultacie i tak nie miało większego znaczenia.

Lee westchnął ciężko, otwierając jedno z pudeł. Pusta przestrzeń stopniowo zaczęła wypełniać się nie tylko przedmiotami, ale i wspomnieniami – zarówno tymi starszymi, jak i całkowicie nowymi.

- Taeminnie, jesteś pewny, że to dobra decyzja?

- Najwyższa pora, hyeong, abym się usamodzielnił. Nie mogę być wiecznie nieporadnym maknae, przez którego wszyscy drżą ze strachu, bo sam poszedł do sklepu. To chyba dobry moment, żebym dorósł, nie uważasz?

- Jesteś pewien, że tylko o to chodzi?


- Oczywiście. A o co innego mogłoby chodzić?

Taemin zdawał sobie sprawę z tego, że Kibum domyśla się odpowiedzi na to pytanie. Key należał bowiem do osób niezwykle uważnych i bystrych, które dogłębnie analizowały każdą swoją obserwację. Co gorsza nie łatwo było go zwieść, o czym młody Lee przekonał się nie raz. To było więcej niż pewne, że Kim opracował już własną teorię na temat minionych wydarzeń, a szczególnie ich przyczyn, które nie były tak oczywiste, jak początkowo mogło się wydawać. Kibum uważał, że udało mu się dotrzeć do źródła konfliktu, a przynajmniej odkryć powód, przez który ów spór niemal urósł do rangi świętej wojny. Z pewnością Key skonfrontowałby swoje przypuszczenia z rzeczywistością – zadanie Taeminowi kilku niewygodnych pytań było doskonałym ku temu sposobem – gdyby nie jeden znaczący szczegół – zmęczenie. Zmęczenie ciągłymi kłótniami i wiecznymi pretensjami, niezręczną ciszą i dojmującą atmosferą w dormie. Kim dobrze wiedział, że swoją dociekliwością może na nowo wywołać istną burzę i otworzyć ledwo zagojone rany. Dlatego niektóre pytania postanowił zachować dla siebie. Rzecz jasna, do czasu. Do chwili, którą uznałby za „lepszy moment”.

Odkąd Taemin obiecał sobie, że nikomu nie wyjawi prawdy, nie obawiał się żadnego „lepszego momentu”. Tą bowiem prawdę – bez względu na późniejszy bieg wydarzeń – miał znać tylko on i Jonghyun. I tego stanu rzeczy młody Lee zamierzał niezłomnie i zaciekle bronić.

Maknae uśmiechnął się smutno pod nosem, delikatnie marszcząc czoło. Na samym dnie kartonowego pudła, z którego wyciągał przedmioty od dłuższej chwili, zobaczył swój stary notes. Twarda, granatowa okładka, a na jej wewnętrznej stronie krótkie życzenia: „Wszystkiego najlepszego z okazji osiemnastych urodzin! Oby ten notes pomógł ci przezwyciężyć twoje zapominalstwo i roztargnienie, Minnie. ;) Twój Minho-hyeong.”.

Choi zawsze traktował Taemina jak młodszego brata. Dbał o niego, pomagał mu rozwiązywać różnorakie problemy, niejednokrotnie bronił go przed wiecznie niezadowolonym i marudnym menadżerem. Lee wiedział, że ma oparcie w Minho. A Minho wydawało się, że takie samo oparcie ma w Lee. Ostatnie miesiące uzmysłowiły mu jednak, jak bardzo się mylił.

- Taeminnie, możemy porozmawiać?

- Tak, jasne.

- Czy wiedziałeś, że Jonghyun ma kogoś na boku, że... że mnie zdradza?

- Nie... Nie miałem o tym pojęcia. Skąd w ogóle to pytanie, hyeong?

- Pytam, bo wiem, że przez  ostatni czas bardzo wspierałeś Jonghyuna. Zaczęliście spędzać ze sobą więcej czasu, przez co zbliżyliście się do siebie... Myślałem, że może coś ci powiedział.

- Nie, hyeong. Nic nie wiedziałem. Jego przyznanie się do zdrady było dla mnie takim samym zaskoczeniem jak dla ciebie.

- Prawdę mówiąc, trochę ciężko mi w to uwierzyć, Minnie. Jonghyun musiał się tobie zwierzać... Naprawdę nie miałeś o niczym pojęcia?

- Owszem, zwierzał się. Często wypłakiwał mi się w ramię, narzekał, skarżył się, a niekiedy po prostu siedział obok mnie i milczał. Nigdy mi jednak nie powiedział, że pieprzy się z kimś na boku... Nie obraź się, hyeong, ale trochę mnie dziwi twoje zachowanie. Przecież sam przyznałeś, że wtedy w szpitalu wszystko sobie wyjaśniliście. Powiedziałeś, że wybaczyłeś mu zdradę. A mimo to nadal próbujesz odkryć tożsamość osoby, z którą cię zdradził. Nie uważasz, że...

- Że nie ma to już znaczenia?

- Tak, dokładnie. Hyeong, jeżeli naprawdę go kochasz, to odpuść. Nie dociekaj, nie rozpamiętuj, nie żyj przeszłością. Skup się na tym, co jest teraz. Chyba że chcesz, żeby między wami znowu wszystko się spieprzyło.

- To wcale nie jest takie proste.

- Nie, Minho-hyeong. To jest proste. Tylko ty niepotrzebnie to komplikujesz. Pomyśl o tym w ten sposób – jesteście kwita. W końcu sam przyznałeś, że też nie byłeś święty, prawda?


Taemin opadł bezwładnie na kanapę i podpierając się łokciami o uda, schował twarz w dłoniach. Cała ta sytuacja przytłaczała go i sprawiała, że sam nie wiedział, co ze sobą zrobić. Chciał tylko zapomnieć. Wymazać z pamięci ostatnie kilka miesięcy pozornego szczęścia. Pozbierać i ułożyć w całość kawałki, na które został rozbity.

- Ogarnij się, idioto!

Energicznie pocierając twarz dłońmi, wstał z kanapy, by wrócić do układania rzeczy. Bezwiednie i bez specjalnego zainteresowania wyciągał z pudeł kolejne przedmioty, starając się odgonić od siebie związane z nimi wspomnienia. Tyle że jego myśli nie chciały go słuchać, nie pozwalały mu na spokój. Widmo sytuacji sprzed tygodnia – ich pierwszy występ z Jonghyunem od czasu jego wypadku – powróciło do niego jak bumerang, potęgując jedynie złość i rozgoryczenie. 

W tamtej chwili nic nie miało dla niego znaczenia. Nie liczyło się ani ciasne pomieszczenie, w którym cierpliwie czekali na swoją kolej, ani sztab ludzi przygotowujący ich do wyjścia na scenę, ani nawet Kibum próbujący nawiązać z nim jakikolwiek dialog, mimo że widział – i to bardzo wyraźnie – jak z jego najmłodszym przyjacielem dzieje się coś niedobrego. W tamtym momencie nie istniało nic prócz widoku Jonghyuna i Minho usadowionych przed szerokim lustrem i otoczonych wianuszkiem noon odpowiedzialnych za fryzury i makijaż. Taemin nerwowo zagryzał wargę, starając się nie wybuchnąć, nie uciec gdzieś z dala od wszystkich; z dala od pary, która - pomimo całego skupiska ludzi – co chwilę na siebie zerkała i posyłała sobie czułe uśmiechy. Lee zaciskał dłonie na kolanach, próbując nie patrzeć w jej stronę. Jego wysiłki szły jednak na marne, ponieważ mimo tego, że nie chciał dokładać swojemu rozgoryczonemu sercu dodatkowego bólu, nie potrafił oderwać wzroku od szczęśliwej, zrelaksowanej twarzy Jonghyuna. Nie mógł też zagłuszyć wewnętrznego głosu, który bezustannie mu powtarzał, że tak nie powinno być; że Kim powinien przecież cierpieć tak samo jak on.
Taemin na drżących nogach podszedł do toaletki, gdy przyszła kolej na niego i Kibuma. Starając się nie pokazywać po sobie żadnych emocji, wyminął Jonghyuna, który nawet na niego nie spojrzał zbyt zajęty wpatrywaniem się w Minho. Ciężko opadł na krzesło, wbijając wzrok w wiszące przed nim lustro. Sam sobie posłał godne politowania spojrzenie, dostrzegając własną żałość przebijającą się przez kruszejącą maskę pozorów, zauważając nieporadnie skrywaną zgorzkniałość wychylającą się zza postrzępionej zasłony obojętności. Gdy mimochodem jego wzrok powędrował ku odbiciu postaci siedzących na kanapie, gwałtownie zacisnął dłonie w pięści. Spostrzegł bowiem przelotne spojrzenie starszego Kima, który akurat popatrzył w jego stronę; spojrzenie beznamiętne, zobojętniałe, puste. Oczy Jonghyuna niczego nie wyrażały – żadnego bólu, żalu czy goryczy, nie patrzyły z sentymentem w przeszłość, natomiast ufnie spoglądały w przyszłość, która od czasu pogodzenia się z Minho wydawała mu się wspanialsza niż kiedykolwiek przedtem. To „przedtem” obejmowało także czas, kiedy Jonghyun był z Taeminem; kiedy Lee wierzył, że faktycznie mogliby być razem. Szczęśliwi.

- Hej, Taeminnie… W porządku?

Głos Kibuma i znajome pytanie, które w ciągu ostatnich miesięcy słyszał już nie raz, ściągnęły go na ziemię, kazały porzucić ckliwość i sentymentalność, co zresztą szybko uczynił. Obiecał sobie bowiem, że nie będzie użalał się nad sobą i swoim losem, że nie będzie żył przeszłością, która dla starszego Kima zdawała się nie mieć żadnego znaczenia. Ich wspólna historia była jedynie nic nie wartym epizodem. Tak to widział Jonghyun. Tak to musiał widzieć Taemin.

- Tak, hyung.

Kolejne ukradkowe spojrzenie na odbicie kanapy w lustrze. Widok uśmiechniętych twarzy, roześmianych oczu i ciasno splecionych dłoni.

- Na pewno?

Serce rozsypujące się na drobne kawałki, tyle że…

- Nigdy nie było lepiej, hyung.

Po raz ostatni.

Dźwięk dzwonka wyrwał go ze wspomnień. Rozglądając się nieprzytomnie po pokoju, próbował się uspokoić i powstrzymać cisnące się do oczu łzy. Chwilę później udał się do przedpokoju, rzuciwszy przelotne spojrzenie lustru i upewniwszy się, że wygląda tak jak powinien – obojętnie. Widok osoby, którą zobaczył po otwarciu drzwi, wywołał u niego nikły uśmiech.

- Cześć, hyung.

Kai niedbale opierał się dłonią ścianę, uśmiechając się zawadiacko. Taemin bez słowa przesunął się w przejściu, wpuszczając przyjaciela do środka. Jongin zrzucił buty, od razu zaczynając rozglądać się z zainteresowaniem po niedużym mieszkaniu.

 - Muszę przyznać, że ci zazdroszczę. Też bym chciał mieszkać sam, a nie z tą bandą popieprzeńców.

- Przecież zawsze możesz tu wpadać. – Taemin odgarnął z czoła przydługą grzywkę, obserwując Kaia – Myślę, że Junmyeon będzie mi wdzięczny za trzymanie twojego wrednego języka z dala od dormu.

- Pewnie masz rację. – Jongin parsknął, biorąc do ręki granatowy notatnik i marszcząc brwi na widok napisanych na okładce życzeń -  Myślałem, że nie będziesz brał ze sobą tych wszystkich sentymentalnych pierdół.

Lee wzruszył ramionami, uciekając wzrokiem w podłogę. Jongin wiedział o wszystkim. Był jedyną osobą, której Taemin odważył się powiedzieć o Jonghyunie. Młodszy chłopak bardzo go wspierał, tyle że na swój własny, pokręcony sposób. Bo mimo wszystkich swoich wad, paskudnego charakteru i egoistycznego podejścia do życia on nadal był jego przyjacielem. I to jak do tej pory jedynym, który nigdy nie zawiódł jego zaufania.

Kai westchnął ciężko, odkładając notes na miejsce. Stanowczym krokiem podszedł do przyjaciela i mocno zacisnął dłonie na jego biodrach. Szarpnął za nie, zwracając starszego przodem do siebie.  

- Przestań się nad sobą rozczulać, Tae. – jedna z dłoni bruneta złapała za brodę Lee, unosząc jego twarz tak, aby patrzyli sobie w oczy – Fakt, Jonghyun potraktował cię jak dziwkę, ale już ustaliliśmy, że karma to suka i go dopadnie. Pamiętasz, co ci mówiłem – skoro jego sposobem na rozwiązywanie problemów jest myślenie kutasem a nie głową, to prędzej czy później znowu zdradzi Minho. Tylko to ma cię nie obchodzić, słyszysz? Masz się tym nie przejmować... Zrozumiałeś?

Przez chwilę mierzyli się na spojrzenia – Kaia ostre i zdecydowane, a Taemina zagubione i zbolałe. W końcu starszy głośno przełknął ślinę, kiwając głową. Jongin pochylił się nad nim, łącząc ich wargi w szybkim, nic nie znaczącym buziaku.

- Chcesz, żebym ci pomógł rozpakować resztę kartonów?

Chwyciwszy dłoń Kaia, Lee pokręcił głową.

- Chcę, żebyś mnie zerżnął. Tak, że zapomnę o wszystkim.

Jongin uśmiechnął się, mocniej ściskając rękę przyjaciela i bez słowa dał się poprowadzić do sypialni. 




Po wielu trudach, długich przerwach i kilku załamaniach weny nareszcie udało mi się skończyć Dirty Pleasure. Sama nie wiem, czy jestem do końca zadowolona z tego, jak to wszystko wyszło, ale ocenę pozostawiam Wam - tym, którzy tu nadal zaglądają, każdemu, kto komentował, czytał, klikał swoje opinie.
Dziękuje za poświęcenie chwili mojemu maleństwu. :3
 Mam w planach coś jeszcze napisać i oczywiście wrzucić, ale z moim Wenem nigdy nic nie wiadomo, a studia też nie pomagają mi w znajdywaniu chwili na pisanie. Lecz mimo wszystko mam nadzieję, że kiedyś wrócę. (^^)
 Chcę bardzo, bardzo podziękować Jung Chae Jin za pomoc, wsparcie, mentalne kopniaki i po prostu za wszystko. Bez Ciebie, słoneczko, DP prawdopodobnie nigdy by nie dobiło do końca. :*

czwartek, 10 lipca 2014

Dirty Pleasure VII cz. II

A oto i druga część ostatniego rozdziału DP ^^
Obecnie pracuje nad nowym opowiadaniem, ale ze względu 
na pewne osobiste sprawy nie mam pojęcia kiedy zacznę je wrzucać.
Na pewno będę się starała, w miarę możliwości, być aktywną na blogu.
Ale póki co zapraszam do lektury ;)
Enjoy^^




Droga do dormu zdawała mu się dłużyć w nieskończoność. Stopniowo także odbierała mu wszelką chęć do życia i resztkę sił, jaka uchowała się po odwiedzinach u Jonghyuna. Samochód wydawał się jechać wolniej niż zwykle, jakby menadżer po tylu latach łamania przepisów drogowych w końcu postanowił ich przestrzegać, a rozmowa – głównie prowadzona przez Key i Onew – swobodniejsza, mniej nerwowa, ciut weselsza. Taemin widział, że całe napięcie i zdenerwowanie stopniowo zaczyna schodzić z jego kolegów. Tu jednak dochodziło do dziwnej zależności, bowiem im więcej irytacji i strachu udawało im się z siebie wyrzucić, tym bardziej zdołowany stawał się maknae, zupełnie tak, jakby skupiał w sobie całą negatywną energię. Najgorsze były momenty, w których na siłę próbowano go włączyć do rozmowy lub pytano, co się dzieje. Mimo że przez ostatnie miesiące przyzwyczaił się do tego typu pytań, bardzo ich nie lubił. Wprawdzie niestrudzenie na nie odpowiadał, siląc się na odrobinę empatii, ale za każdym razem, gdy uśmiechał się słabo, blado, bez wyrazu i mówił, że to nic, że to tylko zmęczenie, wewnątrz niego rodziła się obawa, że ktoś w końcu przejrzy jego kruszący się pancerz, zajrzy za postrzępioną zasłonę, za którą zobaczy jego prawdziwą postać – słabą, wynędzniałą, zalaną łzami, skamlącą za prawdziwym, odwzajemnionym uczuciem. Jego drugie oblicze – do tej pory nieustannie przez niego chowane przed światem – było godne politowania. Być może właśnie dlatego nie chciał, aby ktokolwiek je zobaczył i poznał; aby ktokolwiek okazał mu litość. Gardził nią, tak samo jak samym sobą. Bo czyż nie tego mógł się spodziewać? Czy tak trudno było przewidzieć skutki i konsekwencje jego zachowań? Ta krótka bajka mająca być odpowiedzią na jego modły stała się jego przekleństwem, wyniszczyła go od środka, zmusiła do wielu wyrzeczeń i obróciła wniwecz całe jego życie. Zostawiła po sobie tylko żal, ból i gorycz. Dała jednak Taeminowi bezcenną lekcję. Nauczyła go, że nie można wchodzić pomiędzy dwójkę kochających się ludzi. Nigdy. Nawet wtedy, gdy wydają się być zagubieni we własnych uczuciach. 

Lee coraz trudniej przychodziło udawanie, że nic się nie stało. Nie czuł się dłużej na siłach, aby dalej wymuszać od siebie kolejne nic nieznaczące gesty i nieszczere uśmiechy. Chciał z tym skończyć jak najszybciej. Miał jednak świadomość, że nie będzie to takie proste. Wypadek Jonghyuna był zaledwie czubkiem góry lodowej jego cierpienia. Niebawem miała nadejść prawdziwa, druzgocąca lawina bólu, a na tą Taemin – w miarę swoich możliwości – starał się psychicznie przygotować.

Gdy cała trójka znalazła się w mieszkaniu, Taemin, mamrocząc coś o spaniu, udał się do swojego pokoju, zostawiając swoich hyungów w przedpokoju i rzucił się na łóżko. Zacisnął dłonie na pościeli i jęknął w poduszkę, nie mogąc pozbyć się myśli o Jonghyunie i Minho. Prawda była taka, że ten dzień mógł, ale nie musiał być dla nich przełomowy; coś mogło, ale nie musiało się zmienić. Na pewno jednak był to dzień znaczący dla Lee, który pierwszy raz od dawna postanowił zawierzyć swojemu rozumowi, który zdecydował się zignorować chęć – a nawet potrzebę – zobaczenia się z Kimem, przytulenia go i pocałowania. Maknae zrobił to, co wydawało się być najtrudniejsze do zrobienia, czyli nie zrobił nic. Nic, co mogłoby zaszkodzić Jonghyunowi, nic, co zabolałoby Choi’ego i nic, co mogłoby pogrążyć jego samego jeszcze bardziej.

Z salonu dobiegł go przytłumiony dźwięk telewizora, oznajmujący czyjąś obecność w pomieszczeniu. Wiedziony świadomością, że i tak nie uda mu się zasnąć i chęcią pozbycia się wszystkich ciążących mu myśli z trudem podniósł się z łóżka.

W salonie zastał opatulonego kocem Kibuma. Key siedział na kanapie i tępo wpatrywał się w ekran telewizora. Nie wyglądał na zainteresowanego lecącą w telewizji dramą. Gdy Lee przyjrzał mu się uważniej, dostrzegł na jego twarzy zmęczenie.

Blondyn poruszył się nagle, dostrzegając w drzwiach maknae i uśmiechnął się do niego ciepło.

- Minnie, wyspałeś się?

Taemin pokręcił głową, podchodząc do starszego. Kim odchylił koc, zachęcająco machając ręką na młodszego. Lee usiadł tuż obok zespołowej ummy, od razu wtulając się w ramię jasnowłosego.

- Nie mogłem zasnąć. Za dużo myśli, hyung.

- To tak jak u mnie. – Key delikatnie wplótł palce we włosy maknae, przeczesując miękkie kosmyki. – Mam wyrzuty sumienia, Minnie.

- Dlaczego? – Taemin spojrzał na starszego zdezorientowany. – Przecież to nie przez ciebie Jonghyun-hyung leży w szpitalu.

- Tak, ale... Jestem zły na siebie, że tak się na nim wyżywałem. Zbyt pochopnie wziąłem stronę Minho w tym ich bezsensownym konflikcie, mimo faktu, że to zawsze Jjong był mi przecież najbliższy. – Kibum westchnął ciężko, opierając głowę o policzek maknae. – Gdyby coś mu się stało, coś strasznego, nigdy bym sobie tego nie wybaczył... Nie wybaczyłbym sobie tego, że się nie pogodziliśmy. Boże, przecież on...

- Hyung. – Taemin wyswobodził się z objęć starszego, łapiąc jego twarz w swoje dłonie. – Przestań. Nie obwiniaj się, bo nic się na szczęście nie stało. Z Jonghyunem-hyungiem wszystko jest w porządku. Odniósł kilka obrażeń, ale wyjdzie z tego... Pamiętaj, hyung, że jesteśmy tylko ludźmi. Kłócimy się i godzimy. Taka jest kolej rzeczy.

- Ale gdyby...

- Nie gdybaj, hyung. – Lee cmoknął delikatnie nos Kibuma. – Wszystko jest dobrze, więc nie ma powodów do zmartwień.

Taemin na powrót wtulił się w blondyna, wdychając słodką woń malin, która zawsze towarzyszyła starszemu.

- Masz rację, Minnie.

Przez długi czas siedzieli w ciszy. Drama w telewizji kończyła się, chociaż i tak żaden z nich do końca nie wiedział, o czym ona jest. Obaj napawali się ciszą i spokojem. Kibum czuł, jak stopniowo ogarnia go senność. Usnąłby, gdyby nie dotarł do niego głos Taemina.

- Hyung... Myślisz, że oni wrócą do siebie?

Pytanie było zadane cicho i niepewnie. Key zagryzł wargę, zastanawiając się nad odpowiedzią.

- Nie wiem. Minho chciał się rozstać. Ale po tym, co się wydarzyło w szpitalu... – Kibum zachichotał. – Gdyby dookoła nie kręciło się tyle pielęgniarek, Minho z pewnością zmiażdżyłby Jjonga pocałunkami.

- Więc myślisz, że się zejdą?

Kim nie zdążył udzielić odpowiedzi. Drzwi wejściowe zaskrzypiały, a po dormie rozniósł się zmęczony głos Choi’ego.

- Wróciłem.

Zaledwie chwilę później w salonie pojawił się Minho. Podszedł do narożnika i opadł na niego ciężko.

- Jestem wykończony. – Brunet obrócił się na bok i wtulił w policzek w leżącą obok niego poduszkę, spoglądając spod półprzymkniętych powiek na swoich przyjaciół. – Gdzie Jinki-hyung?

- Tutaj jestem.

Z korytarza wyszedł zaspany Onew. Ziewając przeciągle, usiadł za głową Minho.

- Jak się ma Jjongie? – Lider od niechcenia zaczął bawić się włosami swojego dongsaenga. – Czy lekarz coś jeszcze mówił?

- Nie, nic. – Choi ziewnął. – Jonghyunnie narzeka na kolano, ale nic nie wyszło w badaniach. Ale poza tym czuje się w miarę dobrze. Na tyle, na ile może ze złamanym nosem.

- A jak sprawy między wami?

Pytanie zawisło w powietrzu, zagęszczając je i wywołując niezręczną ciszę. Minho westchnął ciężko, podnosząc się i podciągając nogi do klatki piersiowej. Taemin mocniej wtulił się w Kibuma.

- Rozmawialiśmy na ten temat. Dużo rozmawialiśmy.

- I?

- Przyznał się, że sypiał z kimś, gdy byliśmy pokłóceni.

Onew wytrzeszczył oczy, patrząc z niedowierzaniem na Minho. Key prychnął, mrucząc coś pod nosem o „wartych siebie pajacach”.

- Żartujesz, prawda?

- Nie, nie żartuję. Powiedział, że to nikt kogo znam.

- A co to ma za znaczenie?! – Jinki poderwał się z kanapy. – To i tak nie zmienia faktu, że nie miał prawa cię zdradzić. Może i byliście pokłóceni, ale – do cholery – nadal byliście razem!

- Masz rację, ale ja też nie byłem święty. – Brunet posłał przelotne spojrzenie Kibumowi i oparł brodę o kolana. – Kibum ma rację. Cały czas ją miał. Obaj jesteśmy wartymi siebie idiotami.

W salonie zapadła cisza. Onew wpatrywał się w Minho, próbując przyswoić najświeższe rewelacje. Nigdy by nie pomyślał, że Jonghyun wyrządzi taką krzywdę osobie, którą kocha.

- Co teraz, hyung? – Głos Taemina wydawał się być ledwo słyszalny, był cichy, a na dodatek zagłuszony przez ramię, w które się wtulał. – Jesteście razem?

- Tak. – Minho uśmiechnął się blado. – Wybaczyłem mu i wszystko sobie wyjaśniliśmy. Kocham go. Niezależnie od tego, jak bardzo mnie to zabolało, nie chce żyć bez niego. Gdyby ten wypadek zakończył się inaczej... Nawet nie chcę o tym myśleć.

- Dlatego ciesz się, hyung, że wszystko dobrze się skończyło.

Taemin wyplątał się z koca, uśmiechając się słabo do Minho i wyszedł z salonu.  

*

Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Nie miał pojęcia, czemu przyjechał do szpitala, pędząc  niemal na złamanie karku, czemu przemierzył całą długość korytarza w tempie, w którym gwiazdy przemierzają niebo, czemu stanął pod drzwiami jego sali i z tą dziwną zawziętością nacisnął klamkę. On naprawdę tego nie wiedział. Był zbyt rozgoryczony i wściekły, aby szukać racjonalnego wytłumaczenia dla swojego zachowania – dla nieodpartej chęci zobaczenia Jonghyuna. Nie zastanawiał się nad tym, co mu powie. Chciał tylko, żeby zabolały go te słowa, żeby przez nie cierpiał równie mocno jak Taemin.
Jonghyun leżał na szpitalnym łóżku i przez pół zamknięte powieki wpatrywał się w ekran telefonu. Taemin podszedł bliżej, głośno odchrząkując, by zwrócić na siebie uwagę. Kim oderwał zmęczony wzrok od iPhona, kierując niedowierzający wzrok na maknae.

- Minnie…

Nagle w Taeminie się zagotowało. Cały smutek, ból i rozgoryczenie, jakie odczuwał przez ostatnie miesiące zmieszały się ze sobą, sprawiając, że Lee ogarnął gniew. Sam jednak nie wiedział, na kogo jest bardziej zły – czy na siebie, bo pozwolił się wciągnąć w coś, co nie miało przyszłości, czy na Jonghyuna, który swoim egoizmem nie tylko go skrzywdził, ale także zamącił w relacjach pozostałych członków zespołu. Lee nie był już dłużej naiwny, wiedział, że nie będzie miał takiego samego kontaktu z Jonghyunem i Minho co kiedyś. Znał też siebie i nie było mowy, aby ktokolwiek - a już w szczególności Kibum bądź Onew – kiedykolwiek dowiedział się o tym, co on i Jjong robili przez ostatnie miesiące.

Złość popchnęła go bliżej łóżka Kima. Stanął nad nim z rękoma zaplecionymi na piersi i żalem wykrzywiającym twarz w nieprzyjemny grymas.

- Gratuluje, hyung. Słyszałem, że ty i Minho się pogodziliście. Postaraj się tego nie spieprzyć tym razem, z łaski swojej. Proponuję ci też nie sypiać z innymi, jak tylko się pokłócicie.

- Taeminnie, posłuchaj mnie...

- Nie, hyung. Tym razem to ty mnie posłuchasz. – Lee wziął głęboki, drżący oddech. – Kochałem cię. Chyba nadal cię kocham. Ale przez to, jak niewyobrażalnie mnie skrzywdziłeś, także cię nienawidzę. Chciałem ci pomóc, hyung. Uwierzyłem w to, że możesz mnie pokochać. Byłem gotowy zrobić wszystko, żebyś faktycznie to zrobił. Byłem na każde twoje skinienie. Spełniałem każdą twą zachciankę. Odwróciłem się od chłopaków. Ja... Nawet nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, co przeżywałem, co nadal przeżywam...

- Taemin...

- Nie przerywaj mi, do cholery! – Taemin nigdy nie czuł takiej złości, tak niepohamowanej i wzrastającej z każdym kolejnym spojrzeniem przerażonych oczu Jonghyuna. – Nie potrafię patrzeć Minho w oczy. Przez ciebie czuję się jak skończony skurwysyn i szmata. Oddałem ci wszystko, co miałem, oddałem ci całego siebie, a ty to perfidnie i egoistycznie wykorzystałeś. Podczas gdy wy będziecie sobie znowu beztrosko gruchać, ja będę rozbity na kawałki...

Między nimi zapadła cisza, która niemal dudniła w uszach; gęsta i nieprzyjemna. Jonghyun był przestraszony i zawstydzony, jego oczy zdradzały wszystkie emocje. Taemin z kolei czuł, jak powoli opuszczają go siły, jak szalejąca w nim do tej pory burza złości powoli się uspokaja. 


- Nie martw się, hyung. – Głos maknae brzmiał nienaturalnie cicho. – Nikt się nie dowie. Mimo wszystko mam nadzieję, że tobie i Minho się uda. Życzę wam dużo szczęścia. Jednak nigdy więcej nie będziemy już przyjaciółmi. SHINee nigdy nie będzie takie same i mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę. A to wszystko dzięki tobie... Nie jestem tak wielkoduszny jak Minho. Nie wybaczę ci tego, co zrobiłeś, hyung. Nie wybaczę też sobie, że byłem tak naiwny i głupi... Będziemy udawać i wszystko powinno być w porządku. Wyprowadzam się jednak z dormu. Nie będę umiał spędzać z wami całych dni. Nie dam rady...

Taemin po raz ostatni spojrzał na Jonghyuna, widząc na jego twarzy wszystko, co chciał zobaczyć – smutek, ból i wstyd. Obrócił się powoli, kierując się w stronę drzwi. Gdy naciskał klamkę, dobiegł go cichy, zdławiony głos.

- Przepraszam.

Maknae uśmiechnął się smutno pod nosem, po raz ostatni obracając głowę i patrząc na starszego Kima.

- To i tak już nic nie zmieni.


Drzwi cicho za nim skrzypnęły. 

środa, 18 czerwca 2014

Dirty Pleasure VII cz.I


Witajcie, witajcie. ^_^ Tutaj Jung Chae Jin. Nie obawiajcie się, nie przejęłam bloga. XD W związku z tym, że Hela-chan smaży się obecnie na gorącym piasku hiszpańskich plaż (i niestrudzenie wypatruje azjatyckich przedstawicieli płci męskiej – nota bene z bardzo pozytywnym skutkiem XD), nie ma ona dostępu do komputera. Dlatego poprosiła mnie, żebym wrzuciła jej rozdział. :) „Dirty Pleasure”, niestety, zbliża się już powolutku do końca, jest to bowiem pierwsza część ostatniego rozdziału. Druga powinna pojawić się niebawem, bo jest w trakcie betowania. :) Ale nie martwcie się! Dowiedziałam się u samego źródła, że następne opko uporczywie pcha się główką na świat. XD Oprócz tego miałam Wam przekazać od Heli-chan gorące pozdrowienia i mnóstwo buziaków, a ja się do nich dołączam. Miłej lektury. ;)




Biel szpitalnych ścian była przerażająca. Wydawała się być chłodna i bezduszna, nastawiona na brak nadziei i potęgowanie strachu. A wszechobecna sterylność tylko pogłębiała wszelkie negatywne odczucia.

Taemin czuł, jak kręci mu się w głowie ze strachu i niewyspania. Nerwowo rozglądał się dookoła, czekając, aż menadżer wyjdzie z pokoju lekarskiego i powie im, co się dzieję z Jonghyunem. Lee raz po raz patrzył na swoich przyjaciół, licząc na to, że uda mu się odnaleźć na ich twarzach coś, cokolwiek, nawet najzwyklejszy cień uśmiechu, który mógłby go nieco uspokoić i dodać trochę otuchy. Jednak zamiast pokrzepiających gestów widział tylko zmartwienie i obawy, które były równie wszechobecne jak szpitalna sterylność.

Onew chodził wzdłuż ściany tuż naprzeciwko maknae, nerwowo bawiąc się suwakiem od bluzy. Dźwięk tak irytujący, że w normalnych warunkach Kibum już dawno
zwróciłby uwagę liderowi. Ale to nie były normalne warunki. Key siedział po prawej stronie Jinkiego i zdawał się nie zwracać na nic uwagi; był skupiony wyłącznie na swoich drżących dłoniach i uważaniu, żeby nie poparzyć się kawą z automatu. Minho stał nieopodal nich i cicho rozmawiał przez telefon z mamą Jonghyuna, zasypując ją milionem uspokajających słów, mimo że sam ledwo się trzymał. Psychicznie i fizycznie. Taemin widział, jak Choi’emu drżą nogi.

Jedyną rzeczą, jaką udało im się do tej pory dowiedzieć, było to, że życiu Kima nic nie zagraża. Tylko tyle i zarazem aż tyle.

I mimo że ta informacja powinna ich była uspokoić, to wcale nie czuli się z nią jakoś szczególnie lepiej. Wypadek na całe szczęście nie był aż tak poważny, jak początkowo sądzili. Wszystkie najstraszniejsze scenariusze snute przez nich podczas drogi do szpitala rozwiały się po przekroczeniu jego progu. Ale strach i obawa, że los postanowił sobie zadrwić z ich marzeń i dążeń, że Jonghyunowi stało się jednak coś na tyle poważnego, że nie będzie mógł powrócić do zespołowej aktywności, pozostały. Zawsze bowiem istniało ryzyko, że odniesione w wypadku urazy i wynikające z nich kontuzje prędzej czy później zmuszą Kima do zakończenia kariery. Gdyby rzeczywiście tak się stało, Jonghyun straciłby wszystko, na czym mu dotychczas zależało i co kochał najbardziej na świecie. Odejście z zespołu zniszczyłoby cel i sens jego życia, które bez SHINee utraciłoby swój blask. Jego przyjaciele mieli tego świadomość. Taemin również. Dlatego Lee bał się chociaż rozważać takie i podobne przebiegi zdarzeń.

Drzwi od pokoju lekarskiego otworzyły się, a na korytarz wyszedł menadżer. Mężczyzna zdecydowanym krokiem podszedł do członków zespołu.

- Hyung, i co z nim?

Na przód wyrwał się Onew, a tuż za nim Minho. Menadżer westchnął ciężko, opierając się plecami o ścianę, lecz jednocześnie uśmiechając się lekko, tym samym dając swoim podopiecznym znać, że nie mają większych powodów do zmartwień.

- Na szczęście ma tylko lekkie wstrząśnienie mózgu i złamany nos. Tylko. – Mężczyzna pokręcił głową. – Ma założony opatrunek i jest cały spuchnięty. Mówienie sprawia mu trochę trudności, ale rokowania lekarzy są całkiem nieźle. Mówią, że nie ma podstaw do tego, żeby martwić się o jego głos. Będzie śpiewał. Jutro albo pojutrze czeka go operacja, a po niej rekonwalescencja, po której wszystko powinno być już w porządku. Jeszcze tylko nie wiadomo czy nie ma też uszkodzonej w jakikolwiek sposób nogi, bo się strasznie na nią skarży. Jeszcze go badają.

Chłopaki jednocześnie wypuścili wstrzymywane powietrze. Minho opuścił głowę na ramię stojącego obok niego Kibuma, który natychmiast zaczął głaskać go po plecach. Taemin odchylił się na krześle, zamykając oczy. Odetchnął z ulgą. Nie było już żadnych powodów do zmartwień.

- Możemy do niego zajrzeć?

- Tak, ale pojedynczo i nie za długo.

- Jak to pojedynczo?! – Kibum z oburzeniem spojrzał na menadżera. – Nie mogą nam zabronić go odwiedzić!

- Kibum, oni wam niczego nie zabraniają. Tylko zrozum, że on musi teraz odpoczywać. Wiem, że chcecie go zobaczyć i on was pewnie też, ale nic nie mogę na to poradzić. Takie jest zarządzenie lekarskie, nie moje. Chyba że chcecie działać na własną rękę... Jak chcesz, Kibum, to idź do lekarza i spróbuj go przekonać do zmiany decyzji. Twój urok osobisty i siła perswazji powinny wpłynąć na panią doktor. Chyba nawet nie wyszła jeszcze z pokoju... – Mężczyzna kiwnięciem głowy wskazał na pomieszczenie, z którego niedawno wyszedł, jednocześnie wyłuskując z kieszeni komórkę. – Wrócę do was zaraz, tylko muszę zadzwonić do szefa. Czy ktoś rozmawiał z mamą Jonghyuna, czy ja mam to zrobić?

- Nie, ja już z nią rozmawiałem. – Minho odsunął się od Kibuma, spoglądając nerwowo na menadżera. – Hyung, gdzie leży Jonghyun?

- Sala 150 na końcu korytarza. Chłopaki, za chwilę do was wrócę.

Mężczyzna odszedł energicznym krokiem i udał się w stronę wyjścia. Onew popatrzył za nim, spoglądając następnie po swoich dongsaengach. Taemin chciał zerwać się z krzesła i pobiec prosto do Jonghyuna, żeby upewnić się, że na pewno wszystko z nim w porządku. Zanim jednak zdążył wypowiedzieć choćby słowo albo podnieść się z siedzenia, uprzedził go Jinki.

- Niech Minho pójdzie pierwszy.

- Poczekajcie! Najpierw to ja pójdę do pani doktor, ugadam ją i załatwię nam grupową wejściówkę.

Key z wymalowaną na twarzy determinacją podszedł do wychodzącej z pokoju lekarskiego kobiety, od razu rozpoczynając z nią rozmowę uprzejmym, ale jednocześnie stanowczym tonem głosu.

- Minho, idź. – Jinki poklepał bruneta po ramieniu. – Jak Bummie coś załatwi, to do was przyjdziemy.

Choi kiwnął głową, z wdzięcznością patrząc na lidera. Razem ruszyli pod salę, w której leżał Kim. Jinki mocno ścisnął dłoń Minho, zanim młodszy wszedł sali i został przywitany słabym i zbolałym uśmiechem Jonghyuna.

Taemin obserwował przez szybę, jak Minho siada na brzegu łóżka, od razu łapiąc Jonghyuna za rękę i przyciskając jej wierzch do swoich ust. Kim był spuchnięty, blady i niepodobny do siebie. Wyglądał okropnie i tak bezradnie, że Lee chciał tam wpaść i tulić go bez końca. Ale nie mógł. Jedyne, na co mógł sobie pozwolić to patrzenie, jak Minho delikatnie, samymi opuszkami przesuwał po czole i skroni Jjonga, odgarniając brązowe kosmyki.

- Minnie, w porządku?

Onew spojrzał na niego z troską, kładąc dłoń na jego plecach.

- Wszystko okay, hyung. Jestem tylko zmęczony.

Te kilka słów powtarzanych ostatnio tak często przestawały dla niego brzmieć jak kłamstwo. Bo co innego miał powiedzieć? Wyznać, że cierpi, że jego serce jest rozbite, ponieważ kocha Jonghyuna całym sercem i to w taki sposób, w jaki nie powinien? Nie mógł tego zrobić.

- Taaa... – Jinki westchnął, z błądzącym na ustach uśmiechem patrząc na Minho, który pochylał się nad Jjongiem i wtulał głowę w jego klatkę piersiową. – Ciężka noc za nami. Ale mam przeczucie - miejmy nadzieję, że słuszne – że od teraz wszystko będzie dobrze.

Zapadła między nimi cisza. I może gdyby Jinki nie był aż tak zmęczony, zbyt zaaferowany przyjaciółmi po drugiej stronie szyby, zauważyłby pojedynczą łzę spływającą po policzku Taemina, która została starta jednym szybkim ruchem dłoni.

- Możemy wejść. – Kibum podszedł do nich z tryumfalnym uśmiechem na ustach. – Ta lekarka nie miała ze mną żadnych szans. Byłbym w stanie ją przegadać pierdyliard razy w ciągu jednej minuty. Załatwiłem nam dziesięć minut. Cudowne dziesięć minut, w ciągu których uświadomię temu zjebanemu dinozaurowi, że jeśli jeszcze raz dostarczy nam takiej dawki emocji i adrenaliny, to osobiście go zatłukę!

Key szybko podszedł do drzwi, naciskając klamkę i bezceremonialnie wpadając do sali z podniesionym głosem.

- Minnie, nie idziesz?

Lider stanął w progu, patrząc ze zdezorientowaniem na maknae. Z sali słychać było coraz głośniejszą tyradę Kibuma i podniesiony głos Minho, każący mu zamilknąć.

- Nie, hyung. Nie mam po co.

- Co? – Jinki zamrugał z niedowierzaniem, marszcząc brwi. – Nie wygłupiaj się. Chodź.

- Nie, hyung. Naprawdę nie mam po co. Idę kupić coś sobie do picia, ale ty idź do niego. Myślę... Myślę, że powinniśmy dać im czas, jemu i Minho.

- Jesteś pewien?

- Tak. – Taemin uśmiechnął się słabo i wymuszenie. – Będę czekał z menadżerem.

Onew kiwnął głową, obdarzając maknae pełnym niepokoju spojrzeniem. Potem wszedł do sali. Młodszy Lee obserwował, jak Kibum przytula się do Jonghyuna, jak lider głaszcze go po głowie, jak Minho ściska jego dłoń. Dla Taemina nie było tam miejsca. Nic, co chciałby zrobić, nie było mu przykazane. Bo on najchętniej przytuliłby się do Kima, pocałował i po raz kolejny wyznał mu, jak bardzo go kocha. Tyle że to wszystko to były przywileje Minho, nie jego. On nigdy nie miał do nich prawa, a mimo to zuchwale wyciągnął po nie dłoń. A teraz ponosił konsekwencje swoich czynów.

Maknae powoli ruszył w stronę wyjścia, po raz ostatni patrząc, jak Jonghyun oczami błyszczącymi radością przygląda się Minho.

niedziela, 2 lutego 2014

Dirty Pleasure VI

Z opóźnieniem, ale jest!
Niestety nie przebetowany, więc z góry przepraszam za wszelkie błędy jakie wystąpią.
Enjoy^^




Szczekanie psa, czyjś krzyk, płacz dziecka i klakson samochodu.

Mieszanina dźwięków, która obudziła Taemina sprawiła, że przez dłuższą chwilę leżał w łóżku nieruchomy i zdziwiony. Nie pamiętał kiedy ostatni raz obudził się taki lekki, spokojny. Ostatnie miesiące były jednym wielkim bałaganem, wiecznym uściskiem serca i chaosem. A teraz nadszedł spokój.

 Taemin powoli wysunął się z ciepłej pościeli, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że spał sam. Jonghyuna nie było z nim całą noc. Opatulając się ciepłą bluzą, którą całe wieki temu zabrał Jinkiemu, wyszedł z pokoju. Wchodząc na korytarz z daleka słyszał radio włączone jak co dzień w salonie, ale również cichą dyskusję z pokoju lidera.

Kuchnię jak zwykle rano okupował Kibum, nucą cicho pod nosem i szykując wszystkim śniadanie. Spoglądając na starszego uśmiech sam wpełzał na jego usta. Cieszył się, że między nimi wszystko było już w porządku.

-Key umma- Objął blondyna w pasie, wtulając się w jego plecy.- Dzień dobry.

-Dzień dobry. Wyspałeś się Minnie?- Kibum obrócił się głaszcząc delikatnie głowę Lee, i przyglądając się mu przez dłuższą chwilę.-Chyba powinienem przestać mówić na ciebie Minnie. Już nie wyglądasz jak dziecko. I już nim nie jesteś, ty noona killer.

-Ale twoim małym Taeminkiem będę zawsze hyung.

Kim zachichotał, mocniej przytulając do siebie Taemina.

-Siadaj więc posłusznie do śniadania Taeminku.

Lee uśmiechnął się szeroko, siadając tuż naprzeciwko smakowitości zalegających na stole, od razu biorąc się za ich pałaszowanie.

-A czemu reszta nie je?

-Onew-hyung jadł, a Minho jest u siebie, i uparcie twierdzi ze nie jest głodny.-Key wywrócił oczami.-Ale ty wcinaj! Wczoraj niewiele zjadłeś chudzielcu.

Zapadła miedzy nimi cisza, przerywana jedynie stukiem pałeczek i garnka. Po chwili w kuchni pojawił się podirytowany Onew, od razu ciężko padając na krzesło.

-I co?- Key uniósł wzrok na lidera.- Dowiedziałeś się czegoś?

-Jest u rodziców. Menadżer powiedział, że rozmawiał z nim, i że obiecał wrócić w nocy. Zapomniał tylko nas powiadomić.

Kibum kiwnął głową. Taemin spojrzał po swoich hyungach zdezorientowany.

-O co chodzi? 

-O Jonghyuna.- Onew złapał za kubek świeżej kawy, dmuchając na niego powoli.- Wyjechał z samego rana nikomu nie mówiąc gdzie i po co.

Młodszy Lee zamrugał zdezorientowany, wracając do powolnego żucia swojego śniadania. Onew powoli sączył swoją kawę, a Kibum krzątał się przy kuchence. W przedpokoju dało się słyszeć skrzyp drzwi, a potem kroki. W progu kuchni pojawił się Minho, blady i z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

-Jonghyun jest u rodziców.

-Wiemy.- Onew uniósł głowę patrząc na swojego doensanga.- Rozmawiałem z menadżerem.

-Oh.-Minho usiadł na krześle naprzeciwko Taemina, stukając palcami w ekran telefonu.- Jonghyun nagrał mi się na pocztę.

Po kuchni rozniósł się głos Kima, lekko zniekształcony przez urządzenie.

Minho, jestem u rodziców. Musze pomyśleć na spokojnie, muszę się ogarnąć. Siebie i swoje życie. Nasze życie… Chciałbym z tobą porozmawiać jak wrócę. Muszę z tobą porozmawiać. Powiedz chłopakom, żeby się nie martwili. Wrócę.

W kuchni zapadła cisza. Taemin wbił wzrok w swój talerz, a Key i Onew patrzyli po sobie. W końcu Kibum westchnął, opierając się biodrem o blat i splatając ręce na piersi.

-Widzę, ze przerośnięta jaszczurka poszła po rozum do głowy. Jestem wielce ciekawy co będzie miał do powiedzenia jak wróci. I co ty powiesz jemu.

-Jeszcze nie wiem.

Minho obracał w palcach podkradzioną Jinkiemu łyżeczkę, unikając wzroku Key. Młodszy Kim wpatrywał się w Choiego twardym, nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem.

-Jjong wraca w nocy. Masz mnóstwo czasu, żeby przemyśleć co mu powiedzieć. I lepiej dobrze wykorzystaj ten czas.

Kibum obrócił się zbierając z kuchenki jedzenie na dwa talerze, po czym podszedł do stołu kładąc jeden z nich przed Minho.

-Jedz ty cholerna żabo. I nawet nie próbuj się sprzeciwiać.

Choi tylko pokiwał głową, posyłając Kibumowi ciepły uśmiech.

*

Taemin beznamiętnie wpatrywał się w obraz za oknem. Deszcz uderzał w szyby ciężkimi kroplami, a ludzie spieszyli dokoła budynku SM Entertainment uciekając przed nim. 
Taemin wolałby być teraz w dormie i napawać się wolnym dniem, tak jak reszta chłopaków. Chciał wyjść z Kibumem na zakupy, niemal tak jak za dawnych czasów. Ale zamiast tego został ściągnięty do budynku SM, tylko po to żeby dowiedzieć się ze będzie miał, oprócz comebacku, jeszcze więcej obowiązków na głowie. To nie tak, ze był zły. Cieszył się bardzo, że Henry wydawał solowy album, ale był tak strasznie zmęczony wszystkim co go otaczało. 

-Taemin-ssi? Wszystko w porządku?

Henry z troską spojrzał na Lee. Taemin oderwał wzrok od okna, przenosząc go na Lau i uśmiechając się delikatnie.

-Wszystko jest okay hyung. Tylko się zamyśliłem.

-Wydaje mi się ze coś cię gryzie...

-Hyung naprawdę jest w porządku. Jestem tylko trochę niewyspany.

-Powiedzmy, że ci wierzę.-Henry uśmiechnął się szczerze.-Ale pamiętaj, że zawsze możesz ze mną porozmawiać. Muszę w końcu dbać o swojego doensanga, nie?

Lau wyciągnął dłoń, delikatnie ściskając ramie Taemina.

-Dziękuje Hyung.

-Nie ma za co. A teraz chodź coś zjeść. Jestem pewny, że dobry obiad od razu poprawi ci humor.

Henry puścił oczko do młodszego, ciągnąc go w stronę wyjścia. Taemin uśmiechnął się, słabo protestując.

-Nie jestem głodny hyung. Wrócę do dormu, i..

-Taemin-ssi. Nie odmawiaj mi. Proszę.-Henry zatrzepotał rzęsami, przekręcając na bok głowę i wywołując śmiech u Tae i siebie.- Dobra, dobra. Wiem, ze ayego nie jest moją mocną stroną. Ale przynajmniej się zaśmiałeś. A teraz już się nie opieraj.

-Ale hyung…

-Czy Key-umma nie uczyła cię manier? Nie sprzeciwia się swojemu hyungowi.

Taemin zaśmiał się głośno, pozwalając w końcu pociągnąć się do wyjścia.
W sumie co mu szkodziło wyjść z Henrym? I tak miał dzień wolny, a oddalenie się od dormu na dłużej może nie było aż tak złym pomysłem.

*

Obiad z Henrym był przyjemny, i to na tyle żeby obaj całkowicie stracili poczucie czasu. Henry był jednym z niewielu hyungów spoza SHINee, z którym Taemin miał naprawdę dobry kontakt. Lau roztaczał wokół siebie aurę tak niesamowitego ciepła i życzliwości, że młody Lee uspokajał się przy nim i relaksował. Ich rozmowa, choć właściwie nie była na żaden konkretny temat, zwykła gadka szmatka, kilka żartów. A jednak idealnie odciągała myśli Taemina od wszystkiego dookoła.

Bo przecież nie było się czym przejmować, prawda?

To co się wydarzyło między nim i Jonghyunem zostało skończone. Nie było już nic nad czym musiałby się zastanawiać, czym musiałby się martwić.

Popełnił błąd.

Popełnił błąd, bo był głupi na tyle, żeby wmówić sobie, że on i Jonghyun mogliby mieć coś więcej; że mógłby zająć miejsce Minho.

 Wzdychając ciężko przekręcił się na drugi bok, spoglądając mimochodem na zegarek leżący na nocnej szafce.

1:34

Z frustracji przetarł twarz dłońmi. Nie mógł spać. Jego spokój ulotnił się gdzieś po dwóch, zdecydowanie zbyt krótkich, godzinach letargu. Znowu był zestresowany i zmartwiony.

-Cholera!

Mamrocząc pod nosem kilka słów frustracji, wygrzebał się z pościeli i wyszedł z pokoju od razu kierując się w stronę kuchni.

Zimna, niemal lodowata woda mroziła mu gardło i pozornie dawała uczucie uspokojenia. Przez dłuższy czas wpatrywał się w nocne niebo. Gwiazdy świeciły jasno, dając dodatkowe oświetlenie nielicznym grupkom ludzi spacerujących po ulicy.

A on podświadomie wiedział, że wygląda za znajomym autem.

Wzdychając po raz kolejny, obrócił się na pięcie i przeszedł do salonu. Miał cichą nadzieję, że może obejrzenie jakiegoś głupiego nocnego programu, powtórki dramy, czegokolwiek, zmęczy go i ulula do snu.

-Też nie możesz spać?

Ze strachu i zaskoczenia odskoczył do tyłu, niemal potykając się o własne nogi. Minho uniósł się z kanapy, zmieniając pozycję na siedzącą i przeczesując palcami swoje rozczochrane włosy.

-Hyung, nie zauważyłem cię.- Taemin powoli podszedł do sofy, siadając koło Choiego.- Czemu śpisz na kanapie?

-Nie śpię.- Minho zamrugał kilkakrotnie.- Czekam na Jonghyuna.

Lee pokiwał głową, zagryzając dolną wargę. Minho sięgnął po leżący na podłodze telefon, sprawdzając godzinę.

2:00

-Martwię się.- Choi nerwowo obracał w palcach komórkę, spoglądając przez okno.- Dzwoniłem do niego, ale nie odbiera. Nie wiem, czy nie chce ze mną rozmawiać, czy…

-Hyung spokojnie.- Taemin delikatnie pogłaskał ramie Minho.- Musiał pomyśleć. Daj mu czas. Przecież wróci. Jestem przekonany, że teraz właśnie do nas jedzie.

Lee uśmiechnął się delikatnie, mając nadzieję, że choć trochę uspokoił Minho. I siebie.

-Wiesz Minnie jestem idiotą.- Choi schylił głowę, wpatrując się uparcie w podłogę.- To znaczy, nie tylko ja, bo on też. Obaj zachowujemy się jak gówniarze. Może, ten cały związek miał nam nie wyjść?

-Więc co chcesz zrobić jak wróci?

-Ja…

W którymś z pokoi rozległ się dźwięk telefonu, wybijając Minho ze skupienia. Przez dłuższą chwilę milczeli, przysłuchując się jak dzwonek zostaje przerwany.

-Muszę z nim porozmawiać. I nie wiem co będzie między nami. Jeszcze nie wiem. 

Miałem tak dużo czasu, żeby to wszystko przemyśleć, ale rozum podpowiada mi jedno, a serce drugie. Nie wiem co robić, kogo posłuchać…

Drzwi od pokoju Onew otworzyły się z hukiem, a na korytarz wybiegł lider w pośpiechu zakładając na siebie bluzę.

-Hyung co się dzieje?- Taemin i Minho wstali w niemal tym samym czasie, patrząc ze strachem na lidera.

-Minho.- Jinki szybko wsuwał na siebie buty.- Samochód po mnie jedzie, muszę jechać…

-Hyung co jest?

Onew zatrzymał się w połowie ruchu, patrząc na Minho z troską i strachem w oczach.

-Jjong miał wypadek. Jest w szpitalu.

Wszystko dookoła zawirowało, a Taeminowi odebrało oddech. Czując zawroty głowy, opadł na kanapę. Minho stojący przed nim drżał.

-Menadżer podstawił mi samochód, jadę do niego. Zadzwonię do was jak tylko będę coś wiedział.

-Jadę z tobą.

Głos Minho był stanowczy, a on sam wyminął lidera sięgając po buty i kurtkę.

-Minho to bez sensu. Zostań tu a ja zadzwonię jak tylko…

-Nie zostanę! Jadę z tobą i nie obchodzi mnie twój sprzeciw. Mówimy o Jonghyunie, o moim chłopaku, do jasnej cholery!

-I naszym przyjacielu.- Za Jinkim stanął Key.- Pojedziemy wszyscy. Bez dyskusji.

Reszta zgodnie pokiwała głowami, szybko zbierając się do wyjścia.

sobota, 7 grudnia 2013

Dirty Pleasure V

O Shisusie! Nareszcie i mi i Beciuni udało się w miarę ogarnąć, 
dzięki czemu mogę was uraczyć nowym rozdziałem DP. ^^
Więc bez zbędnego gadania:
Enjoy! ^^








Czas zawsze miał to do siebie, że szybko mijał. Czasem nawet zbyt szybko. Wskazówki nieustannie sunęły po zegarowej tarczy. Dnie zamieniały się w noce, noce przeradzały się w dnie. A świat starał się nadążyć za tą czasową machiną, bezustannie pracującym mechanizmem, który został kiedyś skonstruowany i rzucony w wir codzienności; próbuje go dogonić, uchwycić i zatrzymać w miejscu, by choć przez chwilę móc odetchnąć od tego wyczerpującego pościgu. Niestety, czas - rządzący się własnymi prawami – niejednokrotnie okazał się być niezwyciężonym przeciwnikiem. Najsmutniejsze jest jednak to, że gdy on gna do przodu, narzuca światu zmiany, wprowadza nowe porządki, stare lub całkiem nieznane łady, są ludzie, którzy wciąż tkwią w miejscu. Gdy życie toczy się własnym torem, zmienia się, przekształca, wymusza podejmowanie kolejnych, niekiedy trudnych decyzji, oni stoją w martwym punkcie, zaplątani w sieć problemów, rozterek, tak zwanych „niedomkniętych rozdziałów”, uczuć; są zniewoleni przez widmo bolesnej przeszłości i sparaliżowani niepewnością przyszłości. 


Taemin od dwóch miesięcy zaliczał się do takich osób – uwięzionych w duchowym niebycie, wewnętrznej pustce, rozdartych pomiędzy tym, co było, jest i może - choć czasem wcale nie powinno – być. Osób, które nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem, nie mają pojęcia, jak je uporządkować, przywrócić mu dawny blask i na nowo odnaleźć w nim sens. One jednak, w przeciwieństwie do Lee, nie próbowały doszukać się w swojej egzystencji jakiegoś toksycznego pierwiastka, źródła wszelkiego zła, które – pomijając jego własne nieszczęście – dotykało jego najbliższych. Owszem, to nie z jego winy Minho i Jonghyun się pokłócili. Na to nie miał wpływu. Jednak to przez niego Choi jeszcze bardziej odsunął się od starszego Kima, co było spowodowane tym, że każdą wolną chwilę Jjong spędzał wyłącznie z Taeminem. Kibum też bardzo cierpiał. Pod maską sfrustrowanej i rozeźlonej, zespołowej ummy krył się ktoś, kto – nie mówiąc o tym wprost - bardzo przeżywał ten, niestety postępujący, rozłamowy proces. Rzecz jasna, był jeszcze Onew, który ofiarnie nadstawiał głowę za całą czwórkę, odpowiadał za jej wszystkie błędy, które w ostatnim czasie zdarzały się coraz częściej.



Maknae westchnął cicho i automatycznie zmrużył oczy, gdy zza drzwi doszedł go tubalny głos wściekłego menadżera. Z jednej strony cieszył się, że nie był stojącym na korytarzu Jinkim, który od dobrych dziesięciu minut wysłuchiwał menedżerskiej tyrady na temat ilości i różnorodności popełnionych przez nich błędów. Brak synchronizacji i porozumienia na scenie, pomyłki w choreografii, wzajemne wchodzenie sobie w drogę – to tylko kilka grzechów wymienionych przez menadżera, które popełnili tamtego wieczora, a które Taeminowi udało się usłyszeć i zrozumieć w rwącym potoku słów. 



Z drugiej jednak strony chłopak bardzo współczuł liderowi. To było niesprawiedliwie, żeby jedna osoba odpowiadała za przewinienia całej reszty. 



Za to również obwiniał samego siebie.


Nagle drzwi do waiting roomu otworzyły się, a potem trzasnęły z przeraźliwym hukiem, prawie wypadając z zawiasów. Na środku pokoju stanął Onew. Zakładając ręce na biodra, wbił w podłogę swój morderczy wzrok. Jego oddech był ciężki, a policzki poczerwieniałe od złości. Milczał przez chwilę, najwidoczniej szukając odpowiednich słów, aby przekazać to, co miał do powiedzenia.


- Pewnie się wam wydaję, że dzisiejszy występ był do dupy. – zaczął poirytowanym głosem. Popatrzył po swoich dongsaengach. Jak się okazało, żaden z nich nie odnalazł w sobie wystarczająco dużo odwagi, aby chociaż przelotnie na niego spojrzeć. – Mylicie się. Ten występ był jedną z największych katastrof w naszej karierze, totalnym gównem zmieszanym z błotem, czego nasz menadżer nie omieszkał mi uświadomić. A teraz możecie sobie podziękować i pogratulować. Ewentualnie zacząć skakać sobie do gardeł, jak robicie to od przeszło dwóch miesięcy. 



Zanim Onew zdecydował się wykonać jakikolwiek znaczący ruch, Jonghyun poderwał się z krzesła i bez słowa opuścił pomieszczenie, będąc odprowadzonym przez kąśliwe słowa Kibuma:



- Jasne, najlepiej spieprzyć. Tak jest łatwiej, nie?



W waiting roomie zapadła niezwykle krępująca cisza. Minho, który dotychczas siedział na kanapie i nerwowo wykręcał sobie palce, podniósł się i początkowo na chwiejnych nogach – co nie umknęło uwadze Taemina – udał się w kierunku drzwi. Przystanął jednak na chwilę, prawie wyminąwszy lidera. Popatrzył na niego smutno.



- Przepraszam cię, hyung. Przepraszam... – wyszeptał drżącym głosem, kładąc dłoń na ramieniu starszego. Był to drobny, ale niezwykle znaczący gest, z czego obaj doskonale zdawali sobie sprawę. Jinki obrócił głowę ku Choi’emu, popatrzył się na niego, a potem uśmiechnął się delikatnie, prawie niezauważalnie. Poklepał Minho po ręce, dając mu tym samym do zrozumienia, że przyjmuje przeprosiny. Niedługo po tym raper z nikłym uśmiechem na ustach zniknął za drzwiami. 



Onew westchnął ciężko. Czuł się naprawdę paskudnie. Nie dość, że nie potrafił pojednać swoich zespołowych kolegów, jak to w jego mniemaniu na dobrego lidera przystało, to jeszcze ich opieprzał i wyładowywał na nich swoją złość. A przecież traktował ich jak swoją drugą rodzinę...



- Możecie mi powiedzieć, gdzie popełniam błąd? – spytał z nutą rozpaczy w głosie. Najpierw zerknął na Taemina, który skulony siedział na kanapie, a potem na wpatrującego się w niego od krótszej chwili Kibuma. – Może to ze mną jest coś nie tak? 



- Daj spokój, hyung. – odparł stanowczo Key, podnosząc się z miejsca. Podszedł do starszego Lee, objął go i serdecznie poklepał po plecach. Niebawem lider odwzajemnił uścisk. 



- Jestem chujowym liderem. – jęknął Jinki, wtulając twarz w obojczyk swojego dongsaenga.



- Nie. – zaprzeczył Kim, subtelnie się uśmiechając, czego jednak przytulony do niego Onew nie mógł zobaczyć. – Ty jesteś dobrym kapitanem. To w załodze są ciężkie, prawie niereformowalne przypadki. Ale nie martw się, damy rady. Prawda, Minnie?



Taemin, usłyszawszy swoje imię, przeniósł wzrok ze swoich bransoletek, którymi się do tej pory bawił, na Kibuma. Ten uśmiechał się do niego sympatycznie, choć spoglądał na niego wyczekująco. 



- Tak, oczywiście. Damy radę... – wydukał maknae, siląc się na uśmiech. 



Damy radę...


~*~

Taemin nie mógł zasnąć. Nerwowo przekręcał się na łóżku, wzdychając cicho raz po raz. W dziwny sposób czuł się niekomfortowo, będąc tak blisko Jonghyuna. W jego głowie co chwilę pojawiały się wspomnienia z ostatnich tygodni; wspomnienia seksu ze starszym. Lee aż nazbyt dobrze pamiętał ten palący dotyk, mokre wargi i zwinne palce, które zdążyły już odcisnąć na nim swoje niewidzialne piętno. 


Od samych wyobrażeń Taeminowi huczało w głowie, a ciało mimowolnie się podniecało. To uporczywe napięcie, które kumulowało się w dolnej partii ciała, w tym jednym konkretnym miejscu, zmusiło go do wstania z łóżka. Zrobił to bardzo ostrożnie i powoli, aby nie obudzić Kima. Potem cicho wymknął się do łazienki. 



Lodowata woda, którą oblał swoją twarz, na chwilę przyniosła mu ukojenie. Lee studiował swoje odbicie, obserwując chłodne kropelki spływające wzdłuż jego policzków i szyi. Zadrżał lekko, gdy zauważył kilka blednących śladów na skórze. Był wdzięczny opatrzności, że nikt ich do tej pory nie zauważył i miał nadzieję, że taki stan rzeczy utrzyma się jak najdłużej... Do samego końca.



Zanim wyszedł z łazienki, jeszcze kilka razy przetarł twarz. Nie chciał wracać do pokoju. Jeszcze nie. Dlatego postanowił udać się do kuchni. Nie odważył się jednak do niej wejść. Powstrzymała go przed tym łuna światła wylewająca się spod przymkniętych drzwi i przyciszone głosy. I mimo że nie chciał podsłuchiwać – to nie było w jego stylu – to nieznacznie podniesiony ton Kibuma mimowolnie przykuł jego uwagę. 



- Chcesz go zostawić?



- Tak. Ja... Bummie, ja już nie mam siły. Już dwa miesiące się do siebie nie odzywamy. Jest mi z tym źle i... – Brunet westchnął. – Po prostu coraz częściej odnoszę wrażenie, że zrobiliśmy głupotę, decydując się na ten związek.



Taemin przybliżył się do drzwi, a potem zamarł w bezruchu, nasłuchując jeszcze uważniej niż do tej pory.



- Ale ty jesteś głupi, Minho. Ty i on. Obaj jesteście idiotami.



- Dzięki. – Ton głosu Choi’ego wskazywał na to, że poczuł się zraniony i urażony słowami przyjaciela. – Skoro jesteś taki mądry, to powiedz, co mam niby zrobić? On mnie unika! Znika gdzieś, nie odzywa się do mnie, nawet na mnie nie patrzy!



- To sam się do niego odezwij! Do cholery, czy naprawdę aż tak trudno jest porozmawiać? 



- Ja nic nie...



- Dość! – Głos Kibuma podniósł się, a pięść uderzyła w stół. – Ciągle słyszę twoje „ja, ja, ja”... Przez cały ten czas opieprzałem Jonghyuna, ale ty też nie jesteś lepszy! Pozwól, że coś ci uświadomię... Nie jesteś pępkiem świata. Nigdy nim nie byłeś i podejrzewam, że nigdy nim nie będziesz. Zrozum, że tu nie ma miejsca ani na twoją pieprzoną, zranioną, męską dumę, ani na potajemne użalanie się nad sobą... Minho, przez was ten zespół się rozpada. Krok po kroku. Czy wy naprawdę tego nie widzicie? 



Ciemnowłosy westchnął ciężko w odpowiedzi.



- Uważasz, że dlaczego Jonghyun znika z dormu? – zaczął Kibum, przerywając ciszę. – Dlaczego unika ciebie, nas, spędza czas wyłącznie z Taeminem? Przez ciebie. I twoje dziecinne zachowanie.



- Jakie zachowanie, do cholery?

- Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię! Ranisz go na każdym kroku i doskonale zdajesz sobie z tego sprawę! Cały czas kręcisz się wokół mnie jak zakochana nastolatka! Tylko „Bummie to...”, „Bummie tamto...”. I jeszcze ten wczorajszy pocałunek... Nigdy więcej tego nie rób, rozumiesz?! Nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdyby Jjong to zobaczył.
W kuchni zapadła cisza. Taemin wstrzymał oddech, modląc się o to, by reszta się nie obudziła; by Jonghyun się nie obudził. Nadal stał pod drzwiami, przysłuchując się ciężkiemu oddechowi Kibuma.  


- Nie traktuj mnie jak substytut. Nie próbuj na siłę zmieniać swoich uczuć tylko dlatego, że jesteście pokłóceni. – Głos Key był łagodny i zmęczony, ale jednocześnie stanowczy. – To się nie sprawdzi, Minho. Prędzej czy później zdasz sobie sprawę z tego, że to nie mnie chcesz, że nigdy tak naprawdę mnie nie chciałeś. Lepiej przyznaj się sam przed sobą, że przytulając się do mnie, myślisz o nim. I tak będzie ze wszystkim. 

Taemin cofnął się o krok. Minęła chwila, nim zdecydował się wrócić do swojego pokoju. Ostatnie posłyszane przez niego słowa Kibuma bezustannie pobrzmiewały mu w uszach.


Prędzej czy później zdasz sobie sprawę z tego, że to nie mnie chcesz, że nigdy tak naprawdę mnie nie chciałeś... Nigdy tak naprawdę mnie nie chciałeś...


Po cichym zamknięciu drzwi, Lee spojrzał na skuloną na łóżku postać. Czy Jonghyun też traktował go jak substytut? Wspomnienie ich pierwszego razu, kiedy starszy wykrzyczał imię Minho, nie pozostawiało żadnych złudzeń. Ani także fakt, że po tamtym incydencie Jjong nie wyjękiwał już żadnych imion. To Taemin jęczał i błagał o więcej. A Jonghyun spełniał jego życzenie, zawsze potem dziękując. Żadnego „kocham cię” albo „potrzebuję cię”. Tylko podziękowanie, po którym od razu ruszał pod prysznic, zostawiając drżącego Taemina samego. Samego ze złamanym sercem. 

~*~

Taemin beznamiętnie wpatrywał się w spokojnie płynącą rzekę Han. Gdzieś za jego plecami Key rozmawiał przyciszonym głosem przez telefon, a Onew stał przy budce z jedzeniem. To właśnie lider był pomysłodawcą opuszczenia dormu i udania się na spacer, dzięki któremu cała trójka mogła na chwilę odetchnąć od codziennych problemów i odciąć się od posępnej atmosfery panującej w zespołowym mieszkaniu. Młodszy Lee był niewymownie wdzięczny swojemu hyungowi, że ten, mimo jego początkowych protestów, namówił go do wyjścia. To pozwoliło Taeminowi odsunąć od siebie przytłaczające myśli. I w końcu dopuścić do siebie głos rozsądku. 


Maknae prychnął pod nosem, uśmiechając się do samego siebie z pogardą. Był żałosny... A oprócz tego tak bezgranicznie głupi i beznadziejnie naiwny. Bo przecież Jonghyun go nie kochał. Nigdy. I to było takie oczywiste. A jednak gdzieś w głębi serca wciąż miał nadzieję, że to się kiedyś zmieni.



- Co robisz, Minnie?



Onew przysiadł tuż koło niego z kubełkiem kurczaków i plikiem serwetek. 



- Tak sobie rozmyślam, hyung... 



- O Jonghyunie?



Taemin odwrócił wzrok, znów przenosząc go na rzekę. Kibum w międzyczasie usiadł koło Jinkiego, wzdychając ciężko i opierając się o niego. 



- O czym rozmawiamy?



- O tym, o czym myśli nasz maknae.



- A o czym myśli nasz maknae? – spytał Key, uśmiechając się delikatnie do Taemina. Ten jednak zdawał się nie zorientować, że pytanie było skierowane wprost do niego.



- O Jjongu i Minho.



- O rany... – Key wywrócił oczami, odrywając się od Jinkiego. – Mam ich tak cholernie dość... Dość Minho i jego błazenady, Jonghyuna i jego idiotycznego zachowania i w ogóle całej tej beznadziejnej sytuacji. Najchętniej bym ich zamknął w jednym pokoju i nie wypuszczał, dopóki by się nie pogodzili albo nie pozabijali.



Onew parsknął urywanym śmiechem, kręcąc z rozbawieniem głową. Młodszy Lee uśmiechnął się blado.



Gdzieś w tyle dało się słyszeć chichot, wesołe rozmowy, dziecięce piski. Wszystko było tak przyjemne, a jednocześnie tak różne od niezręcznej ciszy wypełniającej ich dorm.    



- Dobra... – Onew wypuścił głośno powietrze. – Nie będę kłamał, że zaciągnąłem was tutaj tylko po to, żeby odpocząć od tych pajaców. Chcę się dowiedzieć, czy któryś z nich ma zamiar przerwać tą dziecinadę. I od razu zaznaczam, że mam w głębokim poważaniu wasze przysięgi milczenia czy inne tego typu cholerstwa. Jestem liderem i próbuję jakoś ratować ten zespół, więc liczę na waszą współpracę.



Kibum i Taemin spojrzeli po sobie. Obaj już mieli dosyć. To było widać jak na dłoni. W końcu Key wzruszył ramionami, spoglądając na Onew.



- Wydaję mi się, że długo to już nie potrwa...



- Och, czyżby wielki pan Choi postanowił pierwszy wyciągnąć rękę na zgodę? Mam nam kupować na noc zatyczki do uszu?



- Obejdzie się, hyung. Tym razem chyba zabraknie happy endu.



Maknae przygryzł wargę, spuszczając wzrok. To był już koniec. I on też musiał skończyć z tym dziwnym układem pomiędzy nim a Jonghyunem.



- Wiecie... – Jinki westchnął ciężko. – Powinno mi być przykro, że jednak im nie wyszło. Ale jednocześnie tak mnie wkurwiali przez te ostatnie półtora roku, że nie mogę... Modlę się tylko o to, żeby po tym wszystkim potrafili ze sobą pracować.



- Oby.



Chłopaki spojrzeli po sobie. Kibum wyglądał tak, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale zanim to zrobił, uprzedził go Onew.



- Zanim kontynuujemy ten dołujący wątek i dalej będziemy biadolić nad głupotą naszych przyjaciół, proponuję zrobić sobie małą przerwę... No, jedzcie je, póki są ciepłe!



Taemin uśmiechnął się słabo, obserwując, jak Jinki próbuje wmusić w Key intensywnie pachnące udko. Ze szczerym zainteresowaniem wsłuchiwał się w bezsensowną kłótnię o dodatkowe kilogramy i przeciwstawianą im zbawienną moc kurczaka. Gdy w końcu batalia z młodszym Kimem zakończyła się dla lidera sukcesem, odwrócił się on w stronę maknae z niemal szatańskim błyskiem w oku.



- No, Minnie. Wcinaj kurczaka. 



- Dzięki, hyung, ale chyba nie jestem głodny.



- Minnie... – Starszy pomachał przed jego twarzą smakowicie wyglądającym udkiem. – Minnie, to kurczak. Jemu się nie odmawia. Chcesz, żeby było mu przykro?



Lee zachichotał, na co Onew uśmiechnął się jeszcze szerzej.



- No, Minnie... Wiem, że chcesz kurczaka. Zrób to dla mnie, nie daj się prosić.



Kibum wychylił się zza Jinkiego i uśmiechnął się do Taemina. 



- Minnie, zrób to dla ummy i appy. Tak ładnie cię proszą.



Śmiech, który poniósł się po rzece, był jak echo dawnych czasów i sprawił, że wszystkie złości i pretensje zostały zapomniane. Key wstał gwałtownie, obszedł lidera i usiadłszy koło maknae, mocno objął go ramionami.



- Taeminnie, proszę, nie kłóćmy się... Zwłaszcza o nich i przez nich.



Lee owinął swoje ręce wokół szyi Kibuma, przyciągając go jeszcze bliżej siebie.



- Dobrze, umma. Nie będziemy. 



- I nie dawaj się wykorzystywać.



Ciepły szept owionął ucho Taemina, który natychmiast zamarł. Niemożliwe. Niemożliwe, żeby Key wiedział. Lee próbował oderwać się od starszego i na niego spojrzeć. Upewnić się. Ale Kim nie zamierzał wypuścić go ze swoich objęć. 



- Nie wiem, co się dzieję, ale jestem pewny, że coś jest nie w porządku. Dlatego proszę cię, Minnie – nie zrób czegoś, czego będziesz potem żałował.



Kibum odsunął od siebie chłopaka i popatrzył w jego wystraszone oczy z delikatnym uśmiechem, a Onew poklepał go po plecach.



- Gdyby coś się działo, pamiętaj, że zawsze masz nas.


~*~

Zimna szyba taksówki mroziła jego policzek, kiedy po raz kolejny jechał w to samo miejsce. W miejsce, z którym wiązało się tyle najróżniejszych wspomnień; tyle godzin, o których wolałby zapomnieć. Z pomocą Onew i Key nawet udało mu się tego dokonać. Co prawda tylko na chwilę, ale jednak.


Ledwo wszedł do pokoju, a umięśnione ramiona Jonghyuna już zamknęły go w silnym uścisku. Starszy zaczął prowadzić go w kierunku łóżka, składając milion chaotycznych pocałunków na jego policzku i szyi. Taemin chciał się temu poddać, pozwolić na zrobienie ze sobą wszystkiego. Ale w jego głowie znów odtworzyło się jedno słowo. Jedno bolesne słowo – substytut. Był tylko substytutem.



- Hyung, nie.



Znajdując w sobie jakieś nieznane pokłady siły, odepchnął od siebie Jonghyuna. Z ciężko bijącym sercem spojrzał na zdziwionego Kima. 



- Minnie, coś się stało?



Lee cofnął się o kilka kroków, obejmując się ramionami dla przynajmniej znikomego poczucia bezpieczeństwa. Kilka razy zwilżył suche wargi językiem.



- Mam dość, hyung. Nie mogę tak dłużej... Już nie mogę.



Jonghyun usiadł na brzegu łóżka, patrząc na Taemina zbolałym spojrzeniem.



- Minnie, ja... Naprawdę...



- Nie, hyung. Nie chcę już słuchać o tym, że mnie potrzebujesz. Chcę być pewnym, że chcesz być ze mną. Tylko ze mną. Nie będę ci go dłużej zastępował. – Młodszy przełknął głośno ślinę, czując gorycz słowa na języku. – Nie będę substytutem. Nie traktuj mnie tak. Muszę wiedzieć, co dalej. Co z nami, hyung?



Jjong zwiesił głowę. Jego dłonie wyraźnie drżały. Po długiej, ciągnącej się niemal w nieskończoność minucie uniósł wzrok. W jego spojrzeniu kryła się wyłącznie bezradność.



- Nie wiem, Minnie. Byłem... Wciąż czuję się zraniony. Chciałem... Chciałem tylko czułości. Potrzebowałem kogoś, kto nie czepiałby się mnie o wszystko, okazał mi odrobinę zrozumienia. Ale chyba trochę się w tym wszystkim pogubiłem... – W ciemnych oczach zaczął pobłyskiwać strach. – Nie wiem, co dalej. Nic już nie wiem... Ale błagam cię, Minnie, nie zostawiaj mnie. Nie odchodź. Zwłaszcza w tej chwili...



- W takim razie to koniec, hyung. Koniec tego dziwnego układu... Mam dość.



Taemin obrócił się na pięcie, wychodząc z trzaskiem drzwi. Kątem oka udało mu się dojrzeć, jak Jonghyun chowa twarz w dłoniach. Będąc w połowie korytarza, Lee oparł się o plecami o ścianę i zjechał w dół, a wtedy łzy stanęły mu w oczach. Rozpłakał się jak małe dziecko. 



Czy tak właśnie miał wyglądać koniec?